expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

piątek, 30 października 2015

Dwa oblicza szkoły?

Mój budzik zawsze dzwoni o tej samej godzinie. Zawsze, gdy wstaję, na dworze jest ciemniej, niż w późniejszych godzinach. Zwłaszcza jesienią - wtedy ponury widok za oknem nie przynosi nic dobrego. Od samego rana dobija, odbiera chęci i energię. Zawsze wykonuję te same czynności - ubieranie, odświeżenie, spakowanie plecaka, przygotowanie śniadania. Wsiadam do samochodu punktualnie, na zegarku wskakuje ta sama cyferka, co zawsze. Wchodzę do budynku 7 minut przed dzwonkiem i pędzę na lekcje z myślą, że kolejny dzień będzie tym dobrym. Codziennie wracam do domu tą samą drogą, po powrocie wykonuję te same czynności. Nic ciekawego. Rutyna. Rutyna, która potrafi zmęczyć i wycisnąć ze mnie resztki sił. Nie mówiąc już o nauce, której ilość wręcz przytłacza. Czasami jest jej aż tyle, że nie wiem od czego zacząć - najlepiej nie zaczynałabym od niczego. Chodzę spać wymęczona, resztę wieczoru myślę tylko o grubej kołdrze i śnie. Zawsze kładę się o tej samej godzinie, mając nadzieję, że rano obudzę się pełna życia. Jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło. Monotonia dobija chyba każdego. Dopada też mnie.


Zaraz, zaraz... przecież to same negatywne strony. A czy szkoła może mieć w ogóle jakieś pozytywy?
Może, nawet więcej niż nam się wydaje. 

Przychodzę do szkoły niewyspana, wyglądam, jakbym właśnie wróciła z ringu bokserskiego. Jestem już pod klasą
i witają mnie uśmiechy ludzi, z którymi spędzam monotonne dni. Co dziwne, ich uśmiechy nigdy mi się nie znudziły. Nigdy nie znudziły mi się rozmowy z nimi, wspólne śmiechy i załamania nerwowe. Przy nich dni lecą
tak szybko. Nawet nie zorientowałam się, że już listopad. Chwile są ulotne, nawet jeśli są bardzo rutynowe.
Za chwilę będą wakacje. Później kolejny rok. Matury i... pożegnania. Zdecydowanie tego nie lubię. Jak pożegnać
się z ludźmi, z którymi spędziło się tyle wspaniałych momentów? Jak powiedzieć im "żegnajcie", wiedząc,
że każde z nas pójdzie w inną stronę?

Nauka. To, czego większość z nas szczerze nie lubi. Wkuwanie na blachę dzień w dzień regułek i definicji,
obliczanie tysięcy zadań matematycznych, pisanie rozprawek, nauka słówek z języków obcych.
Prezentacje na nudne tematy, zadania domowe z historii, których tak bardzo nienawidzę. Siedzenie
do wieczora przy lampce i powtarzanie po raz setny tego samego wyrazu, by nie pomylić kolejności literek.
Przed snem ponowne powtórki, by czasem na sprawdzianie nie popełnić gafy. To wszystko ma swoje plusy.
Nawet, gdy dostanę ocenę niższą, niż oczekiwałam i złoszczę się przez kilka kolejnych godzin, czasem poleci
mi łza, bo przecież tak bardzo się staram... nawet wtedy mam świadomość, że się nauczyłam. Nie przygotowałam karteczek z mikroskopijnymi literami, nie chowałam telefonu pod ławką. Mam czyste sumienie, bo użyłam
wiedzy, nie ściąg. Większość tego, czego się uczymy, w życiu nam się nie przyda (bo przecież funkcja
kwadratowa nie służy do obliczania procentów) - zgodzę się, niewątpliwie. Ale to nasza wiedza.
To wiedza, którą posiadamy i nikt nigdy nam jej nie odbierze.

Każdy z nas wiecznie tylko narzeka na natłok informacji, nauki, zadań domowych, projektów.
Wszyscy opieramy się na negatywnych stronach i tym się kierujemy. Nie zwracamy uwagi na pozytywy, które
tak wiele dla nas znaczą.  Może warto zacząć doceniać to, co mamy właśnie dzięki szkole, póki nie jest za późno?